sobota, 5 lipca 2014

III

     Zaczęło się robić ze mną źle. Czułam, że chyba wpadam w depresję. Zaczęłam szukać w Internecie środków antydepresyjnych. Do tego ojciec nie dawał mi spokoju i próbował wmówić, że to jego wina. Chore.
     Co teraz mam zrobić?
     Kolejna strona internetowa z prochami. Kolejny telefon do sprzedawcy. Kolejne pożyczanie pieniędzy od kolegów i koleżanek. To nie były zwykłe dwie dychy, to były ponad setki, a w dwóch przypadkach, nawet ponad tysiące. Czy to są przyjaciele? Pożyczają tak wielkie sumy pieniędzy, nie pytając, po co? Nie wiem. Wtedy liczyło się to, żeby zdobyć jak najwięcej pieniędzy i kupić coś na antydepresję. W końcu zebrałam sumę pieniędzy, która była mi potrzebna do zakupu leków. Dokładnie osiem tysięcy pięćset złotych. Przysięgam. Pieniądze, za które mogłam wyjechać na wakacje.
Uradowana zadzwoniłam do sprzedawcy, informując go o tym.
-Masz te pieniądze? No to super. Kiedy możemy się spotkać?
-Nawet dziś!-wykrzyknęłam niemalże
-To świetnie. W jakim mieście mieszkasz?
-Wrocław.
-To dobrze się składa, właśnie tu jestem. Bądź pod barem "za rogiem" o 16.39. Nie spóźnij się.
-Dobrze.
Bardzo się cieszyłam, że w końcu dostanę moje upragnione cudeńko. Ciągle wierzyłam, że te antydepresanty wyciągną mnie z bagna, w które wpadłam.
     Wyszłam z domu o godzinie 15.30, miałam kawałek drogi z domu do baru, więc wolałam być wcześniej, niż się spóźnić. Ubrałam byle jakie, brudne ubrania, zdarte buty i wyszłam. W progu drzwi zatrzymał mnie tata.
-Dokąd idziesz? Na pole?-zaśmiał się
-Nieważne-odpowiedziałam stanowczo
-Nie wyjdziesz, dopóki nie powiedz mi, dokąd idziesz.
-Nie udawaj zatroskanego tatusia. Żegnam.
Po tych słowach odepchnęłam tatę i poszłam do baru. Szłam bardzo szybko, niemal biegłam, bo wiedziałam, że nie mogę się spóźnić. Minęłam galerię handlową, Tesco, i blok, w którym mieszkali sami pijacy. Przeszłam przez pasy, gdzie prawie potrącił mnie samochód. Nie martwiłam się tym. Pod barem byłam o godzinie 16.38. Uff, jakie szczęście-pomyślałam. Niecierpliwie spoglądałam na zegarek w telefonie. To była chyba najdłuższa minuta w moim życiu. W pewnym momencie zauważyłam czarne, duże BMW, z którego wysiadł wysokiego wzrostu mężczyzna ubrany w czarną koszulę i białe spodnie do kostek. Na stopach miał pantofle czarne, z granatowym połyskiem. Przestraszyłam się na początku, że może mi coś zrobić, ale później ochłonęłam. Przecież chodziło o leki, kosztujące ponad osiem tysięcy.
-Paulina Gazda? Najpierw dajesz mi kasę, później ja daję ci leki.
Nie zastanawiając się ani chwili, sięgnęłam ręką do torebki, by wyciągnąć pieniądze. Już chciałam dać je mężczyźnie, ale w ostatnim momencie powiedziałam:
-Daj te prochy. Jak widzisz, pieniądze mam, ale nie ufam wszystkim.
Wysoki, bo tak na niego mówiono w Internecie, wyciągnął z samochodu 3 opakowania leków. Dał mi je.
-Teraz twoja kolej-odpowiedział sucho
Dałam mu szybko pieniądze i już chciałam odejść, ale zatrzymał mnie. W jednym momencie złapał mnie za ramię i odwrócił w swoją stronę.
-Myślisz, że to już wszystko? O nie, kochana. Mylisz się.
-O co ci chodzi, człowieku?-próbowałam maskować swój lęk
-Jest jeden warunek. Dałaś mi pięniądze, teraz, jęsli będziesz chciała brać nadal te prochy, będziesz musiała pomagać mi je sprzedawać. Zgoda?
-A skąd wiesz, może nie będę ich chciała?
-Zobaczymy. Zadzwonię do ciebie za dwa tygodnie. Leki zażywa się 2 razy dziennie, przed posiłkiem. Miłego dnia.
Po tych słowach Wysoki wsiadł do BMW i odjechał w mgnieniu oka.
     O co mu chodziło? Będę musiała je brać? Sprzedawać? Pomagać? Nie rozumiem... No cóż, nieważne. Mam swoje leki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz